sobota, 13 stycznia 2018

Wprowadzenie do bloga i krótka historia pasieki

Witaj na blogu drogi czytelniku. Blog ten będzie formą zapisków i notatnikiem Pasieki Warroza oraz medium gospodarza pasieki do publikacji różnorodnych przemyśleń odnośnie biologii pszczół i pszczelnictwa z naciskiem na zmierzanie w kierunku samowystarczalnej, zrównoważonej, organicznej gospodarki pasiecznej. Gospodarki, której ostatecznym celem jest nieużywanie środków parazytobójczych i biobójczych na rodzinach pszczelich. Gospodarki stacjonarnej, którą chciałbym realizować. Byłaby ona zbliżoną np. do gospodarki Waliczyka Davida Heaf'a. Z zastrzeżeniem oczywiście dopasowania do lokalnych warunków i możliwości: https://www.youtube.com/watch?v=vsWo99KCDgE&pbjreload=10

Pierwsze pszczoły nabyłem w 2014 roku. Od razu wiedziałem, że moje cele będą takie jakie zostały nakreślone w powyższym akapicie. Zanim zakupiłem pszczoły, przez dwa lata terminowałem u kilku różnych pszczelarzy. Był to kolejno: duży pszczelarz (jak na Polskę) posiadający więcej niż 100 uli produkcyjnych, pszczelarz hobbysta posiadający ok. 50 uli sprzedający swoje produkty na lokalnym bazarze, pszczelarz hobbysta posiadający ok. 10 uli i bazujący na złapanych rojach, pszczelarz "ekologiczny" wywożący m.in. pszczoły na "ekologiczną" uprawę borówki amerykańskiej i nie używający akarycydów do zwalczania chorób i pasożytów. Praktyka u tych pszczelarzy nakierowała mnie na powyżej opisany cel. Nie do końca podobały mi się te wszystkie zabiegi, które trzeba wykonywać w nowoczesnym pszczelarstwie. Najbardziej pasowała mi praktyka w pasiece tzw. "ekologicznej".

Kupiłem pszczoły i na początku trochę po omacku, trochę intuicyjnie, zacząłem wdrażać swoje pomysły. Do nich należało nietraktowanie pszczół żadnymi toksycznymi środkami parazytobójczymi, pozwolenie na swobodną zabudowę bez węzy, choć wciąż ramową, minimalizowanie przeglądów i ingerencji w gniazdo pszczele, brak podkarmiania substytutami nektaru i pyłku czyli m.in. brak cukru, pozwalanie na rójkę lub cichą wymianę matki, pozwalanie na rojenie się pszczół i ich łapanie w miarę możliwości czyli naturalne rozmnażanie się rodzin pszczelich. Ponieważ pszczoły jakie kupiłem były oczywiście z pasiek leczonych, to używałem oprysk probiotykami wierząc, że to im trochę pomoże odbudować prawidłową mikroflorę. Pszczoły jakie kupiłem to były lokalne "krainkopodobne" kundelki.

Później trafiłem na kanał YT Phila Chandlera z Anglii i Davida Heaf'a z Walii. Organicznych pszczelarzy, którzy mieli bardzo zbliżone poglądy na pszczelarstwo do moich ale co najważniejsze - gospodarowali z sukcesem. Okazało się, że mój pomysł na pszczelarstwo organiczne, zrównoważone i samowystarczalne nie jest wyjątkowym na świecie, choć mimo wszystko ten ruch jest dość niszowy. Tak poszukując dalej wymiany informacji z osobami myślącymi trochę podobnie, trafiłem na grupy internetowe. Na bazie jednej z polskojęzycznych grup powstało później Stowarzyszenie Wolne Pszczoły. Tam poznałem osobiście ludzi mających chociaż częściowo podobne poglądy pszczelarskie.

W między czasie jednak brutalna niesentymentalna natura zaczęła mi pokazywać, co sobie robi z mojego pomysłu na chów pszczół. Wiosną 2015 roku okazało się, że moje wszystkie rodziny pszczele padły. Podwinąłem jednak rękawy i stwierdziłem, że spróbuję jeszcze raz. Pocieszałem się, że być może miałem pecha a za drugim razem będzie lepiej. Tłumaczyłem sobie to tym, że miałem niewłaściwe pszczoły do takiego życia bez ingerencji. W dużej mierze do dzikiego życia. Kupiłem nowe odkłady i osadziłem jedną lokalnie kupioną rójkę. W między czasie studiowałem temat od praktyków ze stron internetowych, książek oraz z prac naukowych. Prowadziłem rozmowy z ludźmi, którzy mieli podobne zapatrywania. Podobną wiarę i nadzieję na sukces w przyszłości. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że najprawdopodobniej miałem tylko pecha a taka gospodarka po wdrożeniu jeszcze raz minimalizacji ingerencji w nowo zakupione pszczoły, uzdrowi je na tyle, że spadki będą tym razem na akceptowalnym poziomie. A na pszczołach, które przeżyją, możliwa będzie zrównoważona gospodarka na małą skalę. Oczywiście na miarę pierwszych większych upadków w okresie adaptacji. Okazało się, że metoda, którą intuicyjnie przyjąłem od początku, aby dojść do zdrowych odpornych pszczół ma już nazwę. Jest to tzw. hands-off beekeeping czyli pszczelarstwo bez ingerencji lub raczej z minimalizacją ingerencji, bo jednak czasami jakieś ingerencje są nieuniknione.

W marcu 2015 roku na forum napisałem tak: "Wszystko zależy jakie kto ma priorytety. Jeśli ktoś akceptuje dobór naturalny i krewniaczy oraz darwinizm społeczny i toleruje śmiertelność swojej pasieki w 50-70% na początku a nawet 100% to droga otwarta. Mi się podoba różnorodność podejścia. Nie uważam, że tylko ja mam rację. Po prostu mamy inne metody to dojścia do wspólnych celów i walki z tym co jest powszechne. Nie upieram się, ze w przyszłości nic nie zmienię ze swojego podejścia. Pomimo swojego podejścia uważam, ze są "leki" bardziej szkodliwe i mniej szkodliwe więc wolę jak ktoś stosuje mniej szkodliwe. Wolałbym kupić pszczoły od takiego pszczelarza. Tak więc obu nam powinno być po drodze w pewnym zakresie."

Wyraziłem tutaj pogląd na moje nastawienie do innych metod niż moje, wówczas radykalne założenia, które wtedy wypróbowywałem w dochodzeniu do swoich celów. Jednocześnie zaznaczyłem, że nie wykluczam zmian w swoim podejściu. Konsekwentnie realizuję to po dziś dzień. Cel jest taki sam a główną metodą jest m.in. "rozsądek" i racjonalne podejmowanie decyzji, z których wynikają zmiany, jeśli coś nie działa według założeń tak jak powinno. Chyba to logiczne i nie wymaga żadnych wyjaśnień.

Dość szybko okazało się w kolejnym sezonie z nowymi pszczołami, że jedna z najważniejszych zasad pszczelarstwa bez ingerencji, czyli brak karmienia jest nierealizowalne w moich warunkach. Chyba, że świadomie zostawię pszczoły zimą na pewną śmierć z głodu. Pierwszego roku pszczoły nazbierały sobie pokarmu dość ale zdechły bez mojej świadomości, prawdopodobnie z chorób. Tym razem jednak musiałbym zgodzić się na zagładę rodzin pszczelich, już świadomie nie interweniując, aby uratować je od śmierci głodowej. W tym wypadku uznałem, że stracić w ten sposób znów całą pasiekę to całkowicie bezsensowne. To była pierwsza zmiana. Zaraz za nią przyszła kolejna. Na początku karmiłem bowiem kupowanym miodem i to wcale nie najtańszym. Uznałem, że to jednak wychodzi za drogo wobec potrzeb pszczół. Przyszedł czas na pogodzenie się niestety z substytutem nektaru.

W następnym sezonie realizując jednak dalej, już lekko nadwątlony, plan pszczelarstwa z minimalizacją ingerencji pojechałem na wycieczkę po nowe pszczoły. Tym razem oczywiście znów wydawało mi się, że to są lepsze pszczoły do moich celów, które odwrócą tą zła passę. Były to pszczoły lokalne tzw. kundelki od starszego pszczelarza z pasieki z wiele lat niewymienianymi matkami pszczelimi. Niestety te nowe pszczoły na głównym pasieczysku kolejnego przedwiośnia też wszystkie padły, łącznie z rodzinami z 2015, które żyły drugi rok. Została się wtedy jedna słaba odizolowana rodzina w lesie, która do dziś stacjonuje samotnie. Była to rodzina po tych nowych pszczołach przywiezionych w 2016 roku.

To zmusiło mnie do uznania porażki, realizowanej od 2014 metody pszczelarstwa bez ingerencji z naturalnym rozmnażaniem rodzin pszczelich. Wiosną 2017 roku napisałem na forum, że moja metoda skończyła się porażką. Po raz drugi zjadliwa choroba, tym razem z klasycznym efektem domina, wymiotła mi cała pasiekę na śmierć. Niestety zagęszczenie uli na pasiece jest dla pszczół całkowicie nieprzyrodnicze. Napisał o tym m.in. naukowiec prof. Thomas Seeley (znawca biologii pszczół) oraz  fachowcy pszczelarstwa z sukcesami, którzy zwracają na to uwagę w praktyce pszczelarskiej: Randy Oliver, Leos Dvorsky, Erik Osterlund, Hans Otto-Johnse, Kirk Webster. Z tych źródeł wiedzy też korzystam w poszerzaniu swojej. W każdym razie zagęszczenie uli na pasiece powoduje bardzo ułatwiony horyzontalny przepływ zjadliwego szczepu czynnika chorobotwórczego po wszystkich rodzinach. To własnie, jak mi się wydaje (być może błędnie), spowodowało kolejny już raz masową i całkowitą zagładę na mojej dość niewielkiej stacjonarnej pasiece. A ochroniło jedną rodzinę wywiezioną do lasu. Rodzinę, która po badaniach morfometrycznych skrzydełek, dzięki uprzejmości kolegi, okazała się rodziną w większości przynależną do rodzimego podgatunku AMM. Nazywam ją aktualnie moją rodziną surwiwalową.

Te wydarzenia zmusiły mnie do ponownego przemyślenia moich metod. Kolejny raz musiałem jak co roku, kupować leczone amitrazowane pszczoły z zewnątrz. Zawsze jest to dla mnie frustrujące i jest wyznacznikiem braku sukcesu. Bowiem jak zaznaczyłem na początku, moim celem jest gospodarowanie samowystarczalne. A poza tym wolałbym nie kupować amitrazowanych pszczół z innych powodów. Wprowadziłem kolejne zmiany: porzuciłem naturalne rozmnażanie rodzin pszczelich, zacząłem dzielić rodziny i to dość mocno tworząc nawet dwuramkowe pseudo-rodziny weselne z jedną ramką pokrytą pszczołami. Rodziny te ostatecznie, po stałym karmieniu substytutem nektaru, zostały zazimowane jako 3-4 ramkowe rodziny. Tutaj muszę w końcu zaznaczyć, że używam uli Warszawskich Zwykłych.

Sezon 2017 poświęciłem z jednej strony na sprowadzenie nowych genów do pasieki a z drugiej na rozmnożenie genów po mojej surwiwalowej z lasu. Tym razem skupiłem się na rodzimych liniach utrzymywanych w Polsce ze szczególnym naciskiem na AMM: Kampinoska, Asta, Augustowska oraz AMC Dobra. Sprowadziłem, dzięki życzliwości kolegi, odkład z jajeczkami po 3 różnych rodzinach w typie AMM od 2 sezonów nieleczonych. Wyhodowałem pierwszy raz w życiu uproszczoną metodą 4 matki pszczele po jajeczkach od mojej surwiwalowej. Trzy matki znalazły się u mnie na pasiece w odkładach a jedną dostał kolega.

Dane z historii pasieki:
  • 2014/2015: przetrwało/ zazimowane: 0/7 100% zagłady
  • 2015/2016: 3/5 40% śmiertelność
  • 2016/2017: 1/12 92% śmiertelność, 100% zagłady na głównym pasieczysku, padły rodziny żyjące od lata 2015
  • 2017/2018: .../12
Efekt domina na głównym pasieczysku na przedwiośniu 2017 roku:
  • 01.03.2017: po pierwszym oblocie żyło 7 rodzin
  • 04-03.2017: żyło 6 rodzin
  • 08-03.2017: nadal żyło 6 rodzin
  • 14-03.2017: żyło 5 rodzin
  • 31-03.2017: żyły 3 rodziny
  • 10-04-2017: nie żyła żadna rodzina na pasieczysku

Jak przeszłość pokazała stanowczo zlekceważyłem siłę śmiertelnych chorób pszczelich, które aktualnie powszechnie toczą rodziny pszczół miodnych w Europie i nie tylko. Głównie są to dwie choroby: Warroaza i Nosemoza. Pierwsza wywoływana przez duże porażenie pasożytem roztoczem, którego polska nazwa to dręcz pszczeli, wraz ze wszystkimi zjadliwymi wirusami charakterystycznymi dla dużego porażenia dręczem, które w konsekwencji często jest śmiertelne dla rodziny pszczelej.  Druga wywoływana przez jednokomórkowe stworzenie należące, według jednej z teorii, do grzybów. Przy czym zwykle chodzi o bardziej zjadliwą śmiercionośną odmianę Nosema cerenae.

To tyle wprowadzenia i streszczonej historii pasieki. Zapraszam na kolejne wpisy drogi czytelniku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz